— Czego on chce? — szepnęła. — Dlaczego sobie nie pójdzie? Mówi, że ma jedno żądanie. Przecież opowiada o mnie. To ja byłam twoją poddaną i służącą, ja cię czciłam, załatwiałam za ciebie sprawy, rozpieszczałam. W zamian za twój uśmiech. O, nie! Chyba jednak opowiada o sobie. To bezrozumny człowiek. Wspomina rzeczy, jakby zdarzyły się wczoraj. On dawał, a ty brałeś, tak powiedział.
Podeszła do drzwi. Przez drugi pokój zajrzała do kuchni. Siedział tam i czekał, w czerwonych dłoniach ściskał czapkę. Wyglądał jak goryl — to pochylone do przodu cielsko i mała głowa.
Przerażona zamknęła drzwi. Miała wrażenie, że nawet do tego cichego pomieszczenia wdziera się nieustępliwe, uparte oczekiwanie tamtego. Cóż to za żądanie? Czy to nie samo życie tam siedzi? To namolne życie z odwiecznym ponagleniem w kieszeni, to, które nie zaznaje spokoju, które podchodzi aż do progu śmierci i od dorosłego żąda tego, co podarowano dziecku. Goryl za drzwiami nie dawał jej spokoju. Nie wiedziała, jak się go pozbyć.
Po godzinie wyszła.
— To trwa — powiedział wesoło. — Rozumiem, że ma dużo pracy. Siedzę tu i myślę o jednym zdarzeniu. Było to latem. Staliśmy na pomoście. Miał na sobie taki śliczny marynarski mundurek. Trzymał w dłoni długi kij, znaleziony na plaży. Kawałek od brzegu kołysało się kilka nenufarów. Widzę go, jak dziarsko stoi w kostiumie marynarskim i kijem próbuje upolować kwiaty. Za daleko się wychylił i wpadł do wody. Nie zastanawiałem się. Wskoczyłem za nim. Doprawdy, uratowałem mu wtedy życie, bo gdy tylko wpadł, złapał go skurcz. Twarz mu zbielała. Wyobraża sobie pani? Pocałowałem tę małą, bladą twarz.
Podniósł się flegmatycznie.
— Wyjdę na chwilę. O tej porze muszę zapalić fajkę. Pewnie niedługo wróci.
Wyszedł, a ona pobiegła do okna. Widziała go na dole. Przystanął przed bramą, nabił fajkę i zaczął człapać w tę i z powrotem. Nie mogła się go pozbyć. Będzie czekał w nieskończoność. W jego ostatnich słowach usłyszała nienawiść. Tak, nienawidził przyjaciela z dzieciństwa. To nie była już miłość. Przyszedł, bo go nienawidził, bo kiedyś tak bardzo go kochał.
Ktoś wszedł po schodach. To córeczka stróża; spytała, czy w czymś może pomóc. Gosposia poprosiła, by przez moment posiedziała w mieszkaniu, podczas gdy ona wyjdzie nadać telegram. Wymknęła się kuchennymi schodami, zlękniona, że przed bramą spotka czekającego mężczyznę. Gdy wróciła, z salonu usłyszała głosy. Drzwi były otwarte, a ona dojrzała trzech panów. Powiadomili, że przyszli na zebranie i tu zamierzają zaczekać.
— Nie mogłam im powiedzieć, że pan nie żyje — szepnęła wystraszona dziewczynka.