— To „dawno temu” to tylko wyrażenie. Tak się tylko mówi. Tak naprawdę nic nie jest dawno temu. Wszystko jest teraz i tutaj.

Położył dłoń na swej wielkiej piersi.

— Tu w środku mieszka ten mały chłopiec, który raz dostał książkę w nagrodę. Gdyby spotkał teraz swego towarzysza zabaw, tamten zbladłby natychmiast z poczucia winy. Pamięta. Chłopiec, który podarł książkę, bije z wolna w jego sercu i mu przypomina. Nic nie popada w niepamięć. Warto to wiedzieć! Nawet najdrobniejszy czyn. A teraz żądam zapłaty. Nie spłacono długu.

— Nie wiem, dlaczego nie wspomniałam o tym wcześniej — odezwała się gosposia i wstała. — Pański towarzysz zabaw nie żyje. Przez cały dzień leżał tam w środku na łóżku.

Siłacz zaczął się trząść. Zęby mu zgrzytały. Jakby nie mógł znieść myśli o śmierci. Dygotał od stóp do głów, niczym owiany mroźnym wiatrem. Odwrócił się od niej i grzebał w zamku. Znów jej się zdało, że widzi goryla. Drzwi się otworzyły. Jego niezdarne kroki poniosły się echem po schodach. Spieszyło mu się. Życie nie znosi śmierci.

Weszła do pokoju, roztrzęsiona ze zmęczenia i wściekłości. Książka, książeczka, którą dziecko dostało w nagrodę! I on tego nie zapomniał. Przez wszystkie te lata rozmyślał, czekał na odpłatę. Usiadła przy biurku. „A ja pozwoliłam mu siedzieć w kuchni przez pół dnia”, myślała dalej. Bała się go, wyobrażała sobie nawet, że jest samym życiem. Wzdrygnęła się. Czyż nim nie był, w całej swej groteskowości? Takie jest życie, zawsze, zawsze żąda tego, co mu odebrano; woła o zapłatę, namolnie, niedorzecznie. Raz rozrywa się książkę dziecka. Na łożu śmierci jest się rozliczanym. Patrz! Książka zniszczona! Ty to zrobiłeś! To okrutny czyn! Jestem życiem, to znaczy żywym człowiekiem, w którym życie się rodzi i żyje. Chcę z powrotem moją książkę! Chcę cię ukarać za okrutny czyn! Wydaje nam się, że to, co raz zrobiliśmy, popada w zapomnienie, zostaje pogrzebane wraz z nami. O nie! To ty porwałeś książkę. To ty zabrałeś mi serce, trzymałeś je w rękach i odrzuciłeś.

Trzęsła się. Czy coś w pokoju się rusza? Nie. To tylko serce bije jej w piersi. Czego chcieli od zmarłego wszyscy ci żywi ludzie, cisnący się w jego salonie? Każdy miał jakieś żądanie. Jeden chciał pieniędzy. Tamta pocałunków i objęć! Kilku chciało podpisu dla pewności. Brać i dawać! Brać i dawać! Nic za nic. Jedynie ona, siedząca przy jego łożu, niczego nie żądała. Kochała go cicho i cierpliwie, niczego nie pragnąc w zamian. Niczego! Jej miłość była prawdziwa, nie chciwa — jak tamtych.

Jej dłoń zabłądziła na blat stołu. Odkryła, że przez cały czas trzyma czarny notes. Wysunął się spod bibuły. Od niechcenia nań popatrzyła. I otworzyła na jakiejś stronie. Kilka zdań zapisano pospiesznie pod datą. Drobna, blada kobieta natychmiast spłonęła rumieńcem, jakby zapalił się w niej płomień. Zamroczyło ją, lecz czytała: „Pewnego dnia być może ożenię się z moją gosposią. Czemu nie? Ma dobre serce”.

Odepchnęła od siebie notes, jakby ją parzył. Wypełniła ją nagła radość, na moment zapomniała, że mężczyzna nie żyje. „Być może kiedyś...”. Była tak bliska szczęścia. Jej miłość nie miała pójść na marne. Z wdzięcznością spłaciłby ją za wszystkie te lata. Znów sięgnęła po zeszyt. Ta data. To jego urodziny. Pamiętała. Podczas śniadania zobaczył przy swoim nakryciu bukiet różyczek. Pobiegł do niej i uścisnął jej dłonie. Nie miała śmiałości na niego spojrzeć. I wtedy — wtedy pomyślał...

Podniosła wzrok, a jej spojrzenie padło na twarz zmarłego. Zerwała się na równe nogi. Uderzyła ją myśl.