Pewnego dnia zadźwięczał dzwonek do drzwi pani Öbeck. Dźwięk przeszył całe mieszkanie, złowieszczo niczym alarm. Pani Öbeck aż podskoczyła w przedsionku. Tak rzadko ktoś dzwonił, a gdy otwierała drzwi, zazwyczaj był to jakiś żebrak. Ale nawet ci przestali dzwonić, ponieważ z rzadka cokolwiek dawała. Tym razem poszła otworzyć. Stały tam dwie kobiety. Jedna z nich — młoda i piękna, druga była drobną babinką o błyszczących oczach i długim nosie.

— Czy pani Öbeck? — odezwała się starowinka.

Gdy zaskoczona pani Öbeck przytaknęła, weszły do środka.

— Mam bardzo ważną wiadomość — ciągnęła tamta. — Możemy wejść?

Pani Öbeck nie mogła im tego odmówić, choć czuła się przerażona. Weszły więc do niewielkiego pomieszczenia, gdzie nad kanapą wisiały powiększone portrety męża i pasierba.

— Boże, dopomóż. Przecież to on! — odezwała się starsza skrzeczącym głosem.

Pani Öbeck odwróciła się, jak gdyby podejrzewała, że ktoś trzeci wszedł niespodziewanie, lecz oczy starowinki utkwione były w portrecie pasierba. Szturchnęła młodą w bok.

— Opowiadaj!

— Proszę usiąść! — wydukała pani Öbeck.

Wyciągnęła piękne, wypolerowane krzesła. Najchętniej posadziłaby je obie i uciekła. Ale młoda kobieta zaczęła właśnie długą opowieść. Nie była to powieść dla dziewcząt. Różowe obłoki przygód, które pani Öbeck dostrzegała, otwierając książki przy regale, szybko zmieniły się w burzowe chmurzyska, gdy dziewczyna jednostajnym głosem opowiadała swą historię.