Podczas deseru wygłoszono mowę na cześć gospodarza. Wszyscy stali z kieliszkami wina w dłoniach. Henrik patrzył na Mary, ale jej spojrzenie błądziło po drugiej stronie stołu; on znów zauważył to jej odbicie, tę młodą dziewczynę o szczęśliwej twarzy.

— Spójrz tam! To przecież ty — szepnął nagle.

Lecz wtedy Mary wzdrygnęła się, a jej uśmiech zniknął.

Po kolacji miał ją tylko dla siebie, usiedli na kanapie. Podając jej kawę, wylał kroplę na jej biały strój.

— Nic nie szkodzi — odezwała się smutno.

Coś w jej głosie wzruszyło go, bardziej niż wszystko inne. Pochylił się, zasłaniając ją przed innymi, i spojrzał jej prosto w oczy.

— Co jest nie tak, Mary? — spytał.

— Ta młoda dziewczyna, którą widziałeś — zaczęła powoli, jakby mówiła tylko do siebie. — To jestem ja. Och, to nikt inny jak tylko ja. Jestem młoda. Mam siedemnaście lat i całe życie przed sobą. Pomyśl, wszystko, co wspaniałe, kuszące i takie odległe, jeszcze trzepocze przede mną niczym motyl! Jeszcze nie opadło na ziemię, nie okazało się nietoperzem o rozczapierzonych szponach, szarych skrzydłach i ze śmiertelnym lękiem w oczach. Świeci słońce, a motyl szczęścia rozpostarł skrzydła w jego promieniach.

W jej głosie nie było ironii. Tylko smutek, nieskończony smutek. Jego słabe oczy wypełniły się łzami.

— Tylko raz jest się szczęśliwym — powiedziała — wtedy, gdy wszystko leży przed tobą, otulone słońcem i błękitnymi cieniami. A potem, uch! Dziś wieczór ujrzałam własną młodość. Dziś jestem starą, zmęczoną kobietą.