Dzieci z uliczki miały zabawę, którą wymyśliły specjalnie dla Benjamina. Otaczały go kółkiem, a jedno z nich wołało:

— Benjamin, zrób głupią minę!

Dla Benjamina nie było nic prostszego. Zezował, otwierał usta jak zazwyczaj, a ręce trzymał bezradnie przed sobą. Wyglądał idiotycznie. Dzieci wiwatowały i szczypały go.

Inga to zauważyła i gdy widziała, jak chłopiec stoi w kółku, serce jej pękało, jak gdyby to w nią trafiały drwiny. Z Benjaminem mogła rozmawiać o swoich lękach i zmartwieniach. Mieszkała u starszej krewnej, która całymi dniami usługiwała po domach. Dlatego Inga z rzadka miała z kim rozmawiać. Klientki, przeważnie kobiety z pobliskich kamienic, przychodziły poprawić tanio stare spódnice, ale na nią nie zwracały uwagi. Rozmowa z Benjaminem stanowiła dla Ingi ulgę, choć on tak niewiele mówił. Ale był wrażliwy na jej samopoczucie. Gdy płakała, jego oczy wypełniały się łzami. Gdy się śmiała, on także się śmiał. Kobieta pragnie mieć pieska do głaskania albo dziecko do gaworzenia. Benjamin był zarówno jej pieskiem, jak i dzieckiem.

— Zamocz sobie — powiedziała i podsunęła mu miseczkę z chlebem.

Pokoik, w którym siedzieli, był mały i duszny. Na maszynie przy oknie i na stole leżały stare ubrania zalatujące stęchlizną. Żelazne łóżko z materacami i poduchami wsunięto w kąt; w innym stała szafka, a na niej lusterko z matowym, tajemniczym szkłem.

Na szafce, pośród portretów i bibelotów, znajdował się także kolorowy wazonik, do którego Inga wetknęła suszone kwiatki i źdźbła. Miał to być prawdziwy ozdobny bukiet. Za każdym razem Benjamin przyglądał mu się z ciekawością. Podobał mu się, ale teraz, w środku lata, gdy drzewko za oknem było całe zielone, bukiet wydawał się suchy i szary.

Benjamin maczał duże suchary w kawie. Puchły w filiżance, aż trudno było je potem schwytać. Inga się do niego uśmiechała. Tu, w jej pokoiku, dziecięce odgłosy wydawały się brzęczące i monotonne. Tak do nich przywykła, że nie zwracała na nie uwagi. Gdy naciskała pedał maszyny, ta hałaśliwie zgrzytała, a powietrze wypełniał jakby śpiew olbrzymich komarów.

Tego dnia Inga nie miała dużo roboty; zamierzała zabrać Benjamina na wał za miastem. Kilka przecznic dalej dzielnica kończyła się trawiastym nasypem, za nim rósł przerzedzony lasek. Można by sądzić, że to tam dzieci powinny się bawić, ale one wolały uliczkę. W sobotnie i niedzielne wieczory szły z rodzicami, ale nie było im tam tak dobrze jak we własnym zaułku. Inga zdjęła fartuch, a na głowę włożyła kapelusz.

— Chodź, Benjaminie — powiedziała jak wcześniej, a on posłusznie wstał.