— Owszem — odparła, a po jej twarzy przemknął cień. — Mam jedno. Ma cztery lata i siedzi tam. — Wskazała na zamknięte drzwi. — Myślisz pewnie, że jest tak cicho. Zazwyczaj słyszy się dziecko przez zamknięte drzwi. Krzyczy albo się śmieje, albo tupie niesfornie i wali rączkami w ścianę. Przemyka po podłodze drobnymi kroczkami, które w przyszłości, niezależnie od tego, jak duże jest już dziecko, dźwięczą matce w sercu. Ale moje dziecko jest chore. To dziewczynka. Jest sparaliżowana i niewiele mówi. Chodź, zobaczysz.
Weszła do drugiego pokoju. W łóżku, podparte na poduszkach, siedziało blade stworzonko o wielkich, smutnych oczach. Matka pochyliła się nad nią i radośnie do niej mówiła, dziewczynka zaraz się uśmiechnęła. Ale nie był to uśmiech dziecka, przebiegło Ragnhild przez myśl, to raczej uśmiech starej rusałki.
Po powrocie do jadalni przyjaciółki milczały. Ragnhild chciała coś powiedzieć. Tej drugiej było ciężko. Tym bardziej ją to poruszyło, bo pamiętała ją jako młodą, rozmarzoną dziewczynę. Obrus nie wydawał się jej już brzydki. Nie miała też ochoty wychodzić.
— Domyślam się, że się zastanawiasz, jak daję sobie radę. — Vera odpowiedziała na milczące pytania Ragnhild. — Chcesz wiedzieć? Nie twierdzę, że sobie radzę, mówiąc krótko, wcale sobie nie radzę. Ale widzisz, mam coś, co jest tylko moje.
Ragnhild dojrzała tajemniczy uśmiech, który tak dobrze pamiętała z poufnych rozmów o zmierzchu; uważała, żeby nie dopytywać. Kiedyś ten uśmiech oznaczał coś fantastycznego, co Vera strugała sobie w głowie, już wtedy wypełnionej marzeniami. Cokolwiek to teraz znaczyło, nie chodziło o pieniądze, o nich przed chwilą mówiła z taką odrazą.
— Mam coś — powiedziała, a na jej twarz wrócił tajemniczy uśmiech. Rozpalał spojrzenie w tych zgaszonych oczach. — Może głupio to zabrzmi. Nigdy nie miałam ochoty się tym dzielić, aż do chwili, gdy zobaczyłam twoją miłą twarz. Przypomniała mi o tylu rzeczach. Ty nie pomyślisz, że to głupie, za dobrze mnie znasz; także teraz, bo przecież jest tak, że na całe życie pozostajemy takimi, jakimi byliśmy w młodości, w głębi duszy całkiem ci sami, niezależnie od tego, czy potem chudniemy, tyjemy czy siwieją nam włosy. Pamiętasz, że jako młoda dziewczyna marzyłam o czymś nieosiągalnym, szalonym, o czymś więcej niż błękitne góry?
Owszem, Ragnhild pamiętała, uśmiechnęła się, marzenia tej drugiej budziły bowiem jej własne.
— Nie przestałam — ciągnęła Vera. — Nie potrafiłam przestać marzyć. Na początku małżeństwa powiedziałam to na głos. Męża to przygnębiło. Nie rozumiał zabawy wyobraźni: marzyć o czymś i jakby zapomnieć o tym, że się tego pragnie, jak gdyby pragnienie samo w sobie miało wystarczyć. Wówczas przestałam o tym mówić. Lecz wszystkie pragnienia gromadziłam w sobie. Aż brakło miejsca. Stały się czymś niezależnym, falującą, bajkową wyspą, zawsze blisko mnie, światem niewidocznym dla innych; tam wszystko, o czym marzyłam, spełniło się. O to mi chodzi, gdy mówię, że mam coś własnego. Rozumiesz?
Ragnhild przytaknęła. Rozpromieniła się. Przyjaciółka rzuciła jej szybkie spojrzenie.
— Widzę, że wiesz, o co mi chodzi. Większość kobiet ma taką wyspę, oazę; mogą tam uciec od codzienności i ciężaru, który więzi ich stopy na ziemi jak w bagnie. Na mojej wyspie nie ma zmartwień o pieniądze. Pomarszczone czoło mojego męża jest gładkie, a mała biega w ślicznych niebieskich bucikach i zbiera kwiatki. Widzisz, moje marzenia nie ciągną się już za błękitne góry, poruszają się wśród spraw bardziej widocznych, choć równie nieosiągalnych. Ta falująca wyspa mi pomaga. Roztacza nad moją codziennością zielonkawą poświatę. Więc wszystko nie jest aż tak beznadziejne.