— Proszę — powiedział przyjaźnie, wtykając banknot w jej ciemną rączkę.
Wydała z siebie okrzyk zachwytu; zanim Felb się zorientował, rzuciła mu się na szyję i ciepłą twarzyczkę przycisnęła do jego policzka.
Gdy się odwrócił, zobaczył, że madame stoi na podwórzu w czerwonej sukni i się im przygląda przez żelazne kraty ogrodzenia. Czuł na sobie jej spojrzenie, gdy schodził po kamienistym wzgórzu — aż do zakrętu drogi prowadzącej do stacji.
Morderstwo
Jestem kobietą. Starą. Do tego jestem siwa, a moje oczy mają zmartwione spojrzenie. Siedzę w pokoju, nieruchoma i milcząca. Mam życie, ale co to za życie. Dłonie bezczynnie leżą na podołku. Zawsze jestem w tym pokoju. Nie wychodzę. Ledwo się ruszam. W pewnym sensie pokój jest osobliwy. Ściany szare jak ja. Czarna boazeria. Oczywiście są tu jakieś meble. Zniszczone, obicia wytarte. Mam też piec kaflowy, w którym często pali się ogień. Czasem w wazonie stoją kwiaty. Białe kwiaty. O zmierzchu nasila się ich zapach. Wtedy serce zaczyna bić tak, że aż boli.
Poza tym o zmierzchu słyszę głosy i kroki ludzi przechodzących ulicą. Brzmią jak z oddali.
Ktoś się chyba mną zajmuje. Wiem, że tak jest. To stary człowiek. Ale jest niepodobny do mnie. Czasem krząta się po kuchni. Gotuje dla mnie, rozpala ogień, ścieli mi łóżko. Jest niczym mechanizm zegara. Może to zresztą ja. Tak, ten zegar to ja. Lubię sobie wyobrażać, że siedzę w pokoju, w bezruchu, milcząca, i że faktycznie ktoś się mną zajmuje. Ale jestem sama.
Wszyscy inni kogoś mają. Ja nie mam nikogo. Czy jestem takim potworem, że nikt nie chce ze mną być? Może. Czy popełniłam przestępstwo? Niewykluczone. A więc tak. Jest jak jest.
Czasem myślę, że nie żyję. Trafiłam do królestwa, gdzie „jest mieszkań wiele”. Mnie przypadł ten pokój i kuchnia. A pode mną, daleko, słyszę, jak życie, pełne żywych ludzi, szumi dalej. Dzieli mnie od nich cienka ściana. Lecz nie potrafię jej rozbić. Ręce mam zbyt słabe — jak ręce ducha.
Gdybym tylko miała z kim rozmawiać. Mówiłabym o sobie. Tylko o sobie myślę. Czyżbym miała życie tak nadzwyczajne, że wciąż muszę się zajmować własnymi wspomnieniami? Tak uważam, było nadzwyczajne. Niepodobne do innych. W końcu należało do mnie. Byłam kilkoma osobami — nie tylko jedną. Najpierw dzieckiem, niewinnym i radosnym. Dalej młodą, piękną dziewczyną. Dojrzałą kobietą. No i tą starą, siwą. Cały świat. Wielość postaci. Ale czyhając na nie wszystkie, niczym kot na swą zdobycz, siedziała stara, siwa kobieta. A teraz to ona — ja — je wszystkie pożarła. Zatem siedzę w pokoju, milcząca, i je przeżuwam. Przez to mam w ustach gorzki smak. Lecz jestem na to skazana.