Teraz po kolei przystępowały do Odysa cienie zmarłych, których znał za życia, i napiwszy się krwi, opowiadały niejedno, o czym Odyseusz jeszcze nie wiedział. Odyseusz rozmawiał ze swoją matką, z Agamemnonem, z Achillesem, z Patroklosem. Wreszcie, omdlewając niemal po tylu przejmujących wrażeniach, opuścił czarną otchłań i powrócił do towarzyszy na okręt.

Dalsza droga wiodła obok wyspy, na której mieszkały syreny, przecudnie śpiewające nimfy. Urokowi ich śpiewu nikt nie mógł się oprzeć, każdy żeglarz kierował więc łódź w stronę ich wyspy, potem rozbijał się na skałach i tracił życie. Odyseusz, którego Kirke także o tym uprzedziła, zalepił towarzyszom uszy woskiem, zanim jeszcze zbliżyli się do wyspy, siebie samego zaś rozkazał przywiązać do masztu i polecił tym silniej ściągać węzły, im bardziej by się wyrywał. Takim sposobem zażegnano groźne niebezpieczeństwo.

Płynąc dalej ku Sycylii, tułacze zbliżali się do pochłaniającego wszystko strasznego wiru, zwanego Charybdą, obok którego w grocie nadmorskiej mieszkała potworna Scylla149. Scylla poruszała się na dwunastu nogach, miała sześć wężowych karków, a na każdym szpetny łeb o trzech rzędach zębów. Nieustannie wydawała z siebie przeraźliwy głos, podobny do psiego szczekania. Okrętowi Odysa udało się bez szwanku przepłynąć przez huczącą, ziejącą przepaść Charybdy, lecz unikając zgubnego wiru, zawadził o Scyllę, której nikt przedtem nie spostrzegł. W mgnieniu oka sześcioma paszczami porwała sześciu ludzi z załogi okrętu. Nieszczęśni, wijąc się pomiędzy zębami Scylli, wzywali pomocy Odysa, lecz na próżno, bo po chwili zginęli we wnętrzu potwora.

Tak drogo okupiwszy przejazd między Scyllą a Charybdą, Odyseusz zobaczył przed sobą wyspę Sycylię, na której wcale nie myślał wylądować, gdyż obawiał się spełnienia nieszczęsnego proroctwa wieszcza tebańskiego. W końcu uległ prośbom towarzyszy i zawinął do przystani, zobowiązując wszystkich uroczystą przysięgą, że nie tkną poświęconych Heliosowi stad, które pasły się na wyspie. Póki starczało im pożywienia, którego pod dostatkiem otrzymali od Kirke, nietrudno było tułaczom dochować przysięgi, lecz gdy niepomyślne wiatry przedłużały nadspodziewanie pobyt na wyspie, gdy smacznej strawy coraz bardziej ubywało, wtedy coraz bardziej zaczynały ich nęcić tłuste woły Heliosa, których tyle pasło się dokoła. A gdy pewnego dnia Odyseusz, obudziwszy się ze snu, stanął pośród towarzyszy, zobaczył z ogromnym przerażeniem, że zajadali smacznie pieczeń z mięsa świętych wołów.

Kara za grzech nie dała na siebie długo czekać. Helios poskarżył się na zgromadzeniu bogów na doznaną zniewagę i oświadczył, że jeśli nie otrzyma zadośćuczynienia, zaprzestanie zsyłać na świat promienie słoneczne. Z rozmaitych oznak poznał też Odyseusz niebawem gniew bogów: zdarte z wołów skóry poruszały się jak żywe, nabite na rożny mięso wydawało przeraźliwy ryk. Gdy wreszcie wszyscy wsiedli na okręt i opuścili Sycylię, Zeus dla przebłagania Heliosa zesłał niesłychaną burzę, która roztrzaskała okręt Odysa. Wszyscy jego towarzysze utonęli, Odyseusz chwycił się oderwanego masztu i tak między życiem a śmiercią unosił się na rozhukanych bałwanach. Wiatry zagnały go tuż pod skałę Scylli. Potwór chwycił już maszt, za pomocą którego Odyseusz utrzymywał się na powierzchni, a on sam uczepił się drzewa figowego, wyrastającego ze skały. Zginąłby niechybnie, ale oto niespodziewanie Scylla wyrzuciła po chwili niestrawny maszt, którego samotny rozbitek uczepił się teraz na nowo.

Wyspa nimfy Kalipso

Dziewięć dni miotały królem Itaki bałwany morskie, dziesiątego dnia wreszcie przybył do rozkosznej wyspy, królestwa nimfy Kalipso. Tu odetchnął Odyseusz po srogich doświadczeniach, po stracie wszystkich towarzyszy. Kalipso pragnęła go zatrzymać u siebie na zawsze jako swego małżonka, chciała go nawet uczynić nieśmiertelnym. Czymże wobec tego istnego raju, jaki stanowiła urocza wyspa nimfy, była mizerna, skalista Itaka! Lecz Odyseusz, głuchy na obietnice i namowy bogini, przesiadywał samotny na wybrzeżu, kierując tęskny wzrok w stronę ziemi rodzinnej, całym sercem pragnąc zobaczyć choćby dym wznoszący się z ognisk na Itace, droższej mu nad wszystkie kraje, bo była przecież jego ojczyzną!

Siedem lat przetęsknił Odyseusz w tym raju. Wreszcie bogowie zlitowali się nad nim i za wstawiennictwem Ateny, orędowniczki tułacza, postanowili polecić nimfie, żeby dłużej nie nalegała na opierającego się jej namowom króla i pozwoliła mu odpłynąć do domu. Szczęśliwy Odys chwycił czym prędzej za narzędzia i w ciągu pięciu dni narąbał drzew, narżnął desek i zbił tratwę, na której puścił się w podróż. Lecz i tym razem nie dostał się jeszcze do ukochanej ojczyzny.

Spostrzegł go Posejdon, ciągle jeszcze rozgniewany za oślepienie Polifema, uderzył trójzębem w morze i wywołał straszliwą burzę. Tratwa rozbiła się, a Odyseusz ocalił wprawdzie życie, chwyciwszy się wątłej deski, lecz mokra odzież ciążyła mu coraz bardziej i ciągnęła go ku głębi. Wtem zjawiła się jedna z bogiń morskich i dała mu swój welon, mający cudowną moc ochrony przed utonięciem. Odyseusz usiadł na płynącej desce jak na koniu, mokrą odzież zdjął z siebie i wyrzucił do morza, a przycisnął do piersi welon bogini. Tak płynął całe dwie doby po falach morskich, wreszcie zobaczył ląd, a fala sama niosła go ku niemu. Już chwytał rękoma skałę, gdy nadciągający bałwan oderwał go i cisnął z powrotem na pełne morze. Dobywając ostatnich sił, po raz drugi popłynął ku wybrzeżu. Tym razem dostał się szczęśliwie na ląd, ucałował matkę-ziemię, a welon bogini z uczuciem wdzięczności wrzucił do sinej toni.

Zapadała noc, powiewał mroźny wiatr. Odyseusz, skołatany tyloma przejściami, dygocąc z zimna, wszedł do niedostępnej wiatrom gęstwiny, okrył się liśćmi, których wiele leżało dokoła, i zasnął twardym snem.