— Dobrze, ale proszę o pośpiech, bo za kwadrans muszę już być w dyliżansie pocztowym. Bądź pan uprzejmy wytłumaczyć mnie przed panią markizą i panną Renatą, że w takim dniu, choć z głębokim żalem, ale muszę je opuścić.
— Zastaniesz je pan w moim gabinecie i możesz się sam z nimi pożegnać.
— Dzięki stokrotne. Proszę, niech się pan zajmie moim listem.
Markiz zadzwonił, wszedł lokaj.
— Powiedz hrabiemu de Salvieux, że proszę go do siebie. A pan idź już — zwrócił się do Villeforta.
— Dobrze, idę i wracam za chwilę.
Villefort wybiegł; ale w drzwiach przyszło mu do głowy, że gdyby ujrzano zastępcę prokuratora królewskiego, jak biegnie ulicami, poruszyłoby to całe miasto. Poszedł więc dalej zwykłym urzędowo uroczystym krokiem.
Przed drzwiami domu spostrzegł jakąś postać, która czekała na niego w cieniu jak białe, nieruchome widziadło.
Była to piękna Katalonka, która nie wiedząc, co się stało z Edmundem, wymknęła się o zmierzchu z osady, aby dowiedzieć się sama, dlaczego aresztowano jej ukochanego. Na widok Villeforta oderwała się od ściany, o którą się opierała, i zastąpiła prokuratorowi drogę. Dantès mówił mu o swej narzeczonej i Villefort od razu domyślił się, kim jest dziewczyna. Zdumiała go jej uroda i dystynkcja, a gdy zapytała, co się stało z jej narzeczonym, Villefortowi wydało się przez chwilę, jakby to on był oskarżonym, a ona sędzią.
— Człowiek, o którego mnie pytasz, pani, jest wielkim przestępcą — rzekł niecierpliwie Villefort. — Nic nie mogę dla niego zrobić.