Jak będziemy mogli się przekonać, przeczucie go nie myliło i niepokój, który — drżącego i wylęknionego — przywiódł go do bramy pod kasztanami, nie był bezpodstawny.

Dziewczyna szybko podbiegła do bramy.

— Ty tutaj? Nie spodziewałam się ciebie o tej porze! — zawołała.

— Tak, kochana — odpowiedział Morrel. — Przyszedłem po złe wiadomości i takie sam przynoszę.

— Ach! A więc nasz dom jest przeklęty! Mów, Maksymilianie, choć po prawdzie dość już nieszczęść na nas spadło.

— Valentine — rzekł Morrel, usiłując na tyle opanować wzruszenie, by móc mówić spokojnie. — Proszę, posłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia, bo jest to niesłychanie ważne. Na kiedy zaplanowano twój ślub?

— Nie będę nic przed tobą ukrywać, Maksymilianie — odpowiedziała dziewczyna. — Dziś rano była o tym mowa i babcia, na której poparcie tak bardzo liczyłam, nie tylko popiera ten ślub, lecz nagli do niego, tak że w tym momencie jedynie całą sprawę odwleka nieobecność pana d’Epinay. Zaledwie jednak wróci, intercyza zostanie podpisana.

Maksymilian ciężko westchnął i z głębokim smutkiem spojrzał na dziewczynę.

— Niestety! — rzekł stłumionym głosem. — To straszne uczucie słyszeć, jak ukochana kobieta mówi tak spokojnie: „Wyznaczono już termin twojej męki: zacznie się już za kilka godzin. Lecz cóż robić, tak widocznie być musi, nic na to nie mogę poradzić”. Dobrze więc, skoro tak mówisz, skoro intercyza ma być podpisana natychmiast po powrocie Franza, będziesz jego już jutro, ponieważ dziś właśnie wrócił do Paryża.

Valentine krzyknęła.