— Jestem twoja, Maksymilianie.

Przygotował już całą ucieczkę.

Dwie drabinki ukryte były w lucernie, czekał już także gotowy kabriolet, którym Maksymilian miał sam powozić. Nie chciał brać ze sobą ani sług, ani światła. Planował zapalić latarnie później, na zakręcie najbliższej ulicy, aby przez przesadną ostrożność nie wpaść w ręce policji.

Od czasu do czasu przejmował go nerwowy dreszcz.

Wyobrażał już sobie tę chwilę, gdy będzie pomagał Valentine schodzić z muru. Poczuje ją w swoich ramionach, drżącą i ufną — ją, której dotąd mógł tylko czasem uścisnąć dłoń lub ucałować końce paluszków.

Gdy nadeszło popołudnie i coraz bardziej zbliżała się wyznaczona chwila, poczuł potrzebę samotności; krew mu wrzała w żyłach, raziły go najprostsze pytania, głos, nawet przyjaciela; zamknął się u siebie z zamiarem poczytania czegoś, ale nic nie rozumiał, jego wzrok tylko przebiegał po kartkach. Rzucił więc książkę i narysował po raz kolejny mur, plan ogrodu i dwie drabinki.

Zbliżyła się wreszcie upragniona chwila.

Żaden zakochany człowiek nie daje spokoju swoim zegarom. Morrel dręczył swoje zegary do tego stopnia, że o szóstej zaczęły wskazywać wpół do dziewiątej.

Uznał wówczas, że można wyruszyć; choć intercyza miała być podpisana o dziewiątej, Valentine najprawdopodobniej nie będzie czekać do ostatniej chwili, bo i po co?

Wyjechał zatem z ulicy Meslay o wpół do dziewiątej według swojego zegarka — ale gdy przybył do celu, na zegarze kościoła Saint-Philippe du Roule wybiła ósma. Powóz i konia ukrył za zrujnowaną chatką, gdzie zwykł sam często przesiadywać.