— Najjaśniejszy Panie, sądzę... i mam wszelkie prawo, aby tak sądzić, że od południa zbiera się burza...

— No, mój kochany hrabio — odrzekł Ludwik XVIII — widzę, że źle pana poinformowano, bo ja wiem z całą pewnością, że tam teraz pogoda najpiękniejsza pod słońcem.

Jakkolwiek Ludwik XVIII był człowiekiem dowcipnym, lubił banalne żarciki.

— Czy Najjaśniejszy Pan nie raczyłby posłać, ot tak — aby uspokoić wiernego sługę, kilku zaufanych ludzi do Langwedocji, Prowansji i Delfinatu, aby przekonali się o nastrojach wśród tamtejszej ludności?

Canimus surdis — odrzekł król, nie przestając robić notatek na marginesie Horacego.

— Sire — odpowiedział dworak z uśmiechem, udając, że zrozumiał hemistych poety z Wenuzji. — Wasza Królewska Mość ma zapewne słuszność, polegając na poddanych, ale obawiam się, że nie mylę się całkiem spodziewając się jakichś rozpaczliwych prób...

— Z czyjej strony?

— Ze strony Bonapartego, a przynajmniej jego stronników.

— Kochany Blacas, z pańskimi obawami nie dajesz mi pan pracować.

— A spokój Najjaśniejszego Pana nie daje mi zasnąć.