— Naprawdę nieznośny jesteś, Beauchamp — odparł Franz. — Polityka wyszkoliła cię tak, że ze wszystkiego się śmiejesz; a politycy zazwyczaj niczemu nie wierzą; ale kiedy trafia ci się okazja, żeby się rozstać na chwilę z polityką, kiedy masz zaszczyt znajdować się w towarzystwie zwykłych ludzi, staraj się zabierać ze sobą serce, które zostawiasz w szatni Izby Deputowanych czy Izby Parów.

— E, mój Boże! — zawołał Beauchamp. — Czym jest życie? Czekaniem w przedsionku śmierci.

— O, mam ciebie dość, Beauchamp — rzekł Albert i odszedł kilka kroków z Franzem, zostawiając Beauchampa, aby sobie dalej dysputował z Debray’em.

Grobowiec rodzinny Villefortów tworzył czworobok z jasnych kamieni, wysoki na dwadzieścia stóp; wewnątrz dzielił się na dwie części: jedna przeznaczona była dla familii Saint-Méran, druga dla Villefortów; każda z sal miała osobne wejście. Tam można było dać do woli upust rozpaczy, porozmyślać, wypłakać się i pomodlić, nie ryzykując, że przeszkodzą w tym swawolni spacerowicze, którzy traktując Père-Lachaise jako znakomite miejsce na wycieczkę za miasto lub miłosne rendez-vous, śpiewają, pokrzykują i uganiają się za sobą.

Obie trumny wniesiono do komory familii de Saint-Méran — po prawej stronie i ustawiono na podpórkach. Do środka wszedł jedynie Villefort, Franz i kilkoro bliskich krewnych. Nabożeństwo zostało spełnione wcześniej, u wrót, nikt nie miał wygłaszać mowy pogrzebowej i żałobnicy zaczęli się rozchodzić.

Château-Renaud, Albert i Morrel poszli w jedną stronę, a Debray i Beauchamp w drugą.

Franz został z panem de Villefort przy bramie cmentarza. Morrel zatrzymał się więc pod lada pretekstem. Zobaczył, jak Franz i pan de Villefort wsiadają do jednego powozu, wynosząc z tego złą wróżbę.

Wrócił do Paryża, a choć jechał w powozie z Château-Renaudem i Albertem, nie pojął ani słowa z ich rozmowy.

Villefort i Franz udali się na Przedmieście Saint-Honoré.

Prokurator królewski nie wstąpił do nikogo, nie przemówił ani do żony, ani do córki. Zaprowadził Franza do gabinetu i wskazał mu krzesło.