— Tak, przyznaję, ale z przykrością patrzę, jak ten młodzieniec, wiedząc o pańskich zobowiązaniach wobec Morcerfów, próbuje pokrzyżować wasze plany, a wykorzystuje do tego swój majątek.

Danglars roześmiał się.

— Jakiż purytanin z pana! — rzekł. — Takie rzeczy zdarzają się co dzień na świecie.

— Nie może pan jednak, drogi baronie, zrywać ot tak, dla kaprysu: Morcerfowie liczą na ten związek.

— Toteż muszą w końcu postawić sprawę jasno i otwarcie. Mógłby pan o tym kilka słów napomknąć generałowi, drogi hrabio, ma pan przecież względy w tym domu.

— Ja! Gdzie pan, u diabła, to spostrzegł?

— Jak to? Zdaje mi się, że widziałem u nich na balu, jak dumna hrabina Mercedes, ta pyszna Katalonka, która zaledwie raczy usta otworzyć do swych dawnych znajomych, wzięła pana pod rękę i wyszła z panem do ogrodu, gdzie przez blisko pół godziny spacerowaliście w bocznych alejkach.

— Ależ baronie, baronie! — zawołał Albert. — Pan nam przeszkadza słuchać; toż to barbarzyństwo, jak na takiego melomana!

— Cóż robić, szanowny panie żartownisiu — odparł Danglars.

A zwracając się do Monte Christa rzekł: