— Gdzież jest ten człowiek? — zapytał Ludwik XVIII.

— W więzieniu, Najjaśniejszy Panie.

— Uważasz więc pan tę sprawę za poważną?

— Tak poważną, Sire, że choć dowiedziałem się o tym zdarzeniu podczas rodzinnej uroczystości, w dzień moich zaręczyn, porzuciłem wszystko, narzeczoną, przyjaciół, odłożyłem wszystko na później, aby złożyć Waszej Królewskiej Mości świadectwo moich obaw i dowód prawdziwego oddania.

— Prawda — odrzekł Ludwik XVIII. — Wszak podobno projektowano pańskie małżeństwo z panną de Saint-Méran?

— Córką najwierniejszego sługi Waszej Królewskiej Mości.

— Tak, tak, ale wróćmy do spisku.

— Najjaśniejszy Panie, obawiam się, że to nie spisek — to prawdziwe sprzysiężenie.

— Zamach w tym czasie — rzekł Ludwik XVIII z uśmiechem — łatwo zaplanować, ale trudniej doprowadzić do skutku, choćby dlatego tylko, że odzyskawszy niemalże wczoraj tron naszych przodków, czujnym okiem spoglądamy zarówno na przeszłość, jak na teraźniejszość i przyszłość. Od dziesięciu miesięcy moi ministrowie wzmacniają straż nad brzegami Morza Śródziemnego. Gdyby Bonaparte wylądował w Neapolu, cała Koalicja zerwałaby się na równe nogi, zanim by doszedł do Piombino; gdyby wylądował w Toskanii, wysiadłby na wrogą mu ziemię, gdyby zaś wylądował we Francji, miałby przecież tylko garstkę ludzi i łatwo byśmy go pokonali, skoro jest tak znienawidzony przez ludność. Przestań się więc pan trapić, ale pamiętaj, że możesz i tak liczyć na naszą wdzięczność.

— Ach! Otóż i minister policji — zawołał hrabia Blacas.