— Jak to?

— Tak, bo rzecz warta jest wyjaśnienia i ja ją wyjaśnię.

— Ale co według pana należy tu wyjaśniać? — wybuchnął Albert. — Jeżeli pan nie wierzy, że to był mój ojciec, proszę to powiedzieć natychmiast, a jeżeli uważa pan, że to był on, proszę się z tego wytłumaczyć.

Beauchamp spojrzał na Alberta ze swoim specyficznym uśmiechem, którym był w stanie wyrazić każdy rodzaj uczucia.

— Drogi panie — odrzekł. — Skoro już nie jesteśmy na ty; jeżeli przyszedł pan tu żądać ode mnie satysfakcji, trzeba było od tego zacząć, a nie mówić mi o przyjaźni i innych tym podobnych rzeczach, których wysłuchuję cierpliwie już od pół godziny. Jeśli się nie mylę, na taki grunt i ton teraz przechodzimy, czy tak?

— Tak, jeżeli nie odwołasz nikczemnego oszczerstwa!

— Chwileczkę! Tylko bez gróźb, łaskawy panie Albercie Mondego, hrabio de Morcerf. Nie znoszę pogróżek ze strony wrogów, a tym bardziej od przyjaciół. Chce pan więc, abym zdementował notatkę na temat pułkownika Fernanda, której zamieszczenie, daję na to słowo honoru, nie było moim pomysłem.

— Tak, chcę — rzekł Albert coraz bardziej zamroczony.

— A w przeciwnym razie bijemy się, tak? — ciągnął Beauchamp z tym samym spokojem.

— Tak — odparł Albert podniesionym głosem.