— E, daj spokój — rzekł Caderousse, wycierając szeroki nóż o fartuch. — Gdybym cię nie lubił, czy zgodziłbym się na to nędzne życie, na które mnie skazałeś? Popatrz tylko, masz na sobie liberię swojego służącego, masz więc służącego, a ja go nie mam i muszę sam obierać jarzyny. Krzywisz się na moją kuchnię, bo jadasz przy stole Hotelu Książęcego albo w Café de Paris. A przecież ja także mógłbym mieć służącego; mógłbym mieć własne tilbury, ja także mógłbym jadać, gdzie bym zechciał. Dlaczego więc odmawiam sobie tego wszystkiego? Bo nie chcę robić kłopotów mojemu małemu Benedetto. Sam przyznaj, że mógłbym... prawda? — i bardzo wymowne spojrzenie Caderousse’a uzupełniło niedokończone zdanie.
— No dobrze — powiedział Andrea — przypuśćmy, że mnie kochasz, dlaczego więc domagasz się, żebym przychodził do ciebie na śniadanie?
— Żeby się z tobą zobaczyć, mój mały.
— Po co chciałeś się ze mną zobaczyć? Przecież już ustaliliśmy wszystkie warunki.
— Mój drogi przyjacielu, czy jakikolwiek testament może się obejść bez kodycylu? Ale przyszedłeś tu przede wszystkim na śniadanie, czy tak? No to usiądź sobie wygodnie i zacznijmy od sardynek i świeżego masła, które masz tu, na listku winnym, specjalnie dla ciebie, ty niecnoto. Aha! Rozglądasz się po moim pokoju, cztery wyplatane krzesła, obrazki po trzy franki sztuka. Co robić? To nie Hotel Książęcy.
— Już ci się, widzę, nie podoba — rzekł Andrea. — Już nie jesteś szczęśliwy, a wcześniej marzyłeś tylko o tym, żeby wyglądać na byłego piekarza.
Caderousse westchnął.
— No i czego ci jeszcze brakuje? Twoje marzenie się ziściło.
— No właśnie, mój drogi Benedetto, wiesz, jakie jest to marzenie: były piekarz jest człowiekiem bogatym, ma rentę.
— Do licha, masz ją, przecież daję ci co miesiąc dwieście franków.