— Ale czy długo będzie trwała? — szepnął Villefort, żegnając ukłonem ministra, który karierę już zakończył; i poszukał wzrokiem dorożki, aby się dostać do hotelu.
Dorożka akurat przejeżdżała bulwarami; gdy Villefort dał znak, fiakier podjechał bliżej. Podprokurator podał adres i siadł w głębi, oddając się ambitnym marzeniom.
Po dziesięciu minutach był już u siebie. Kazał, aby konie były gotowe za dwie godziny, poprosił także o śniadanie. Miał właśnie usiąść do stołu, gdy przy drzwiach zabrzmiał dźwięk dzwonka, szarpniętego pewną i śmiałą ręką. Pokojowiec otworzył i Villefort usłyszał nagle swoje nazwisko.
— I któż może wiedzieć już, że jestem tutaj? — zdziwił się.
W tej chwili wszedł lokaj.
— I co tam? — rzekł Villefort. — Kto dzwonił? Kto do mnie przyszedł?
— Jakiś nieznajomy, nie chce wymienić swego nazwiska.
— Jak to? Nieznajomy, i nie chce podać nazwiska? Czego ode mnie chce?
— Chce pomówić z panem.
— I wymówił moje nazwisko?