Mariaż ten był już niemal oficjalnie zapowiedziany i młodzieniec bywał w domu bankiera w charakterze narzeczonego.

Wysłano list do pana majora Cavalcanti, który bardzo pochwalił ten związek, ubolewając niezmiernie nad tym, że obowiązki nie pozwalają mu opuścić Parmy. Zapewnił również, iż wypłaci synowi sumę przynoszącą sto pięćdziesiąt tysięcy liwrów renty.

Uzgodniono, że owe trzy miliony zostaną złożone u Danglarsa, i że będzie on nimi obracał. Znaleźli się tacy, co ostrzegli młodzieńca, że pozycja jego przyszłego teścia jest nieco zachwiana, baron bowiem od jakiegoś czasu ponosił na giełdzie ciągłe straty. Cavalcanti jednak, bezinteresowny i pełen zaufania, nie zważał na te wszystkie pogłoski i przez delikatność nie wspomniał nic o tym baronowi.

Tak więc baron wprost przepadał za wicehrabią Cavalcantim.

Inaczej rzecz się miała z panną Eugenią Danglars. W swojej instynktownej niechęci do małżeństwa, dziewczyna przychylnie przyjmowała Andreę, bo był to dobry sposób, aby pozbyć się Morcerfa; ale teraz, gdy Andrea zajmował coraz bardziej miejsce Alberta, zaczęła odczuwać do niego jawną odrazę. Być może baron zauważył coś, ale tłumaczył to sobie zwykłym kobiecym kaprysem i udawał, że niczego nie dostrzega.

Tymczasem termin, którego zażądał Beauchamp, prawie już upłynął. Teraz też dopiero Albert miał okazję docenić wartość rady udzielonej mu przez Monte Christa, który powtarzał mu, że lepiej zostawić tę sprawę własnemu biegowi. Nikt nie odniósł tej wiadomości do generała i nikt nie upatrywał w oficerze, który wydał twierdzę w Janinie, szlachetnego hrabiego, członka Izby Parów.

Niemniej Albert nadal czuł się obrażony, ponieważ zniewaga była bez wątpienia w intencji osoby, która zamieściła w gazecie tych kilka zdań. Ponadto sposób, w jaki Beauchamp zakończył rozmowę, napełnił go szczególną goryczą. Pielęgnował więc w sobie myśl o przyszłym pojedynku, spodziewając się, że jeśli tylko Beauchamp podejmie wyzwanie, zdoła ukryć prawdę o całej sprawie, nawet przed sekundantami.

Beauchamp nie dawał znaku życia od ostatniej wizyty Alberta i każdemu, kto chciał się z nim widzieć, odpowiadano, że wyjechał na kilka dni. Gdzie był? Tego nie wiedział nikt.

Któregoś ranka lokaj obudził Alberta i oznajmił mu wizytę redaktora.

Albert przetarł oczy i kazał zaprowadzić pana Beauchampa do małego saloniku na dole. Ubrał się prędko i zszedł.