— To znaczy, że wracam z Janiny.
— To niemożliwe!
— Kochany Albercie, spójrz, oto mój paszport, a w nim wizy: Genewa, Mediolan, Wenecja, Triest, Dobrudża, Janina.
Albert spojrzał na paszport, a potem utkwił zdziwiony wzrok w twarzy Beauchampa.
— Byłeś w Janinie?
— Albercie, gdybyś był cudzoziemcem, nieznajomym albo jakimś tam lordem, jak ten Anglik, który żądał ode mnie satysfakcji przed kilkoma miesiącami, a którego zabiłem dla pozbycia się kłopotu, rozumiesz chyba, że nie zadałbym sobie takiego trudu. Wydało mi się jednak, że tobie należy się z mojej strony ten dowód szacunku i przyjaźni.
— O Boże, Boże! Jaki długi wstęp! Czemu nie mówisz mi tego, na co tak czekam!
— Bo w rzeczywistości...
— Boisz się wyznać, że twój korespondent cię oszukał? O, daj sobie spokój z tą miłością własną, przyznaj się już, przecież nie brakuje ci odwagi.
— Nie o to wcale chodzi — rzekł ciszej dziennikarz. — Przeciwnie...