Po chwili jednak ta nagła, nienaturalna radość opuściła młodzieńca i ogarnął go jeszcze większy smutek.

— Co ci jest, przyjacielu? — zatroskał się Beauchamp.

— Widzisz, coś pękło mi w sercu, nie można w jednej chwili wyrzec się szacunku, zaufania i tej dumy, jaką czuje syn, przejmując po ojcu jego nieskazitelne imię. Przyjacielu, jak ja teraz będę się do niego zwracał? Mam cofnąć czoło, gdy zechce mnie pocałować? Mam cofnąć rękę, gdy ojciec poda mi swoją? O moja matko, moja biedna matko! — mówił Albert, patrząc przez łzy na portret matki. — Gdybyś tylko o tym wiedziała, jak bardzo musiałabyś cierpieć!

— Odwagi — rzekł Beauchamp, biorąc go za ręce.

— Ale kto nadesłał tamtą pierwszą wiadomość, która ukazała się w twoim dzienniku? — zawołał Albert. — Za tym wszystkim kryje się czyjaś ukryta nienawiść, jakiś nieznany wróg.

— Tym bardziej zdobądź się na odwagę. Nie okazuj ani śladu niepokoju. Noś w sobie ten ból, jak chmura nosząca w sobie zniszczenie do chwili, kiedy wybucha burza. Dalej, przyjacielu, oszczędzaj siły na moment, kiedy burza wybuchnie.

— Sądzisz więc, że to wszystko jeszcze się nie skończyło? — przeraził się Albert.

— Czy wciąż masz zamiar poślubić pannę Danglars?

— Dlaczego pytasz mnie o to właśnie teraz?

— Ponieważ, mam wrażenie, że zerwanie lub urzeczywistnienie się tego małżeństwa jest w ścisłym związku z tematem naszej dzisiejszej rozmowy.