Beauchamp wyszedł. Ostatni uścisk dłoni, jaki wymienili z Albertem wyraził wszystko to, czego nie mogli sobie powiedzieć w obecności hrabiego.
— Co to za wspaniały chłopak, ten Beauchamp — rzekł Monte Christo po wyjściu redaktora. — Prawda, panie Albercie?
— O tak, sama szlachetność, mogę za to ręczyć. Kocham go z całej duszy. Ale skoro już jesteśmy sami, to niechże mi pan powie, dokąd się udamy?
— Do Normandii, jeśli się pan zgodzi.
— Cudownie. Na głuchą wieś, prawda? Żadnego towarzystwa, żadnych sąsiadów...
— Będziemy tam sam na sam z końmi, z psami do polowania i łódką, jeśli zechcemy wypłynąć na ryby.
— Tego mi trzeba, uprzedzę tylko matkę i jestem na pańskie rozkazy.
— Ale czy pozwoli panu, by wyjechał pan z człowiekiem, którego nazywają hrabią de Monte Christo...
— Hrabio, jaką ma pan krótką pamięć.
— Jak to?