— Jak to możliwe? — zdziwił się młodzieniec. — Z tego Bertuccia to jakiś fenomen. Na miłość boską, kochany hrabio, niech mnie pan przestanie zasypywać takimi cudami, bo ostrzegam — przestanę panu wierzyć.

— U mnie nie ma żadnych cudów, Albercie: tylko liczby i rozsądek. Niech pan posłucha: kradnie każdy intendent, ale dlaczego kradnie?

— Do licha! Bo złodziejstwo to jego druga natura, tak przynajmniej mi się zdaje.

— Otóż myli się pan, mój drogi. Kradnie, bo ma żonę, dzieci i wielkie ambicje w stosunku do siebie i w stosunku do swojej rodziny. Kradnie przede wszystkim dlatego, że nie jest pewien, jak długo jeszcze będzie u pana, chce więc zapewnić sobie przyszłość. Bertuccio zaś jest na świecie sam. Bierze z mojej kasy tyle, ile chce, nie zdaje mi rachunku, i ma pewność, że go nigdy nie odprawię.

— Skąd ta pewność?

— Bo nie znajdę nikogo lepszego od niego.

— Jest pan w jakimś błędnym kole przypuszczeń.

— Bynajmniej. Jestem zupełnie pewien swoich ludzi, bo dla mnie dobry sługa to ten, którego życie i śmierć zależy ode mnie.

— Czyli życie i śmierć Bertuccia zależą od pana?

— Tak — odparł chłodno hrabia.