Ale nie mógł napisać Albertowi — bo stało się to później — że tego dnia w Izbie Parów, tak zwykle spokojnej i nobliwej, zapanowało wielkie poruszenie. Członkowie Izby przybyli na sesję dużo wcześniej i żywo rozprawiali na temat owego nieszczęsnego wydarzenia, które obudziło powszechną uwagę opinii publicznej, kierując ją na jednego z członków tak świetnej instytucji.

Odczytywano po cichu artykuł, komentowano go i przypominano różne zdarzenia z przeszłości, mogące rzucić dodatkowe światło na obecną sprawę.

Hrabia de Morcerf nie był lubiany przez kolegów. Jak wszyscy parweniusze, zmuszony był okazywać wszem i wobec swoją wyższość otoczeniu, aby potwierdzać swój status arystokraty. Wielka arystokracja śmiała się z niego, ludzie wybitni nie mieli dla niego poważania, a ludzie, którzy zdobyli pozycję uczciwie, gardzili nim instynktownie.

Hrabia znalazł się w nad wyraz przykrym położeniu kozła ofiarnego.

Gdy już raz palec boży wskazał na niego jako na ofiarę, wszyscy gotowali się, by krzyknąć: „Na niego!”.

Ale hrabia de Morcerf jeszcze o niczym nie wiedział. Nie otrzymywał dziennika, w którym ukazała się ta hańbiąca wiadomość, spędził więc ranek na pisaniu listów i ujeżdżaniu konia.

Przybył na posiedzenie o zwykłej porze; z podniesioną głową, spoglądając dumnie, wysiadł z powozu, pewnym krokiem przeszedł przez korytarze i wszedł do sali, nie spostrzegając, że woźni przepuszczali go z wahaniem, a koledzy ledwo raczyli mu się kłaniać.

Gdy Morcerf przybył, obrady trwały już od pół godziny. I choć hrabia, jak już mówiliśmy, nic jeszcze o niczym nie wiedział i zachowywał się tak, jak zawsze, jego dumny chód i spojrzenie wydawały się wszystkim jeszcze bardziej pyszne niż zwykle. Zgromadzenie, wrażliwe na punkcie swojego honoru, uznało więc jego obecność za zachowanie wybitnie wyzywające; wszyscy potraktowali ją jak nietakt, niektórzy wzięli to za zuchwalstwo, a paru nawet za zniewagę. Cała Izba aż wrzała, by poruszyć tę kwestię.

Wszyscy trzymali w ręku dziennik zawierający oskarżenie, nikt jednak nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności i zaatakować pierwszy.

Wreszcie jeden z czcigodnych parów, jawny nieprzyjaciel Morcerfa, wyszedł uroczystym krokiem na mównicę, co zapowiadało, że nadeszła oczekiwana chwila.