Albert poczuł, że twarz mu płonie. Nie było wątpliwości: Danglars bronił się tchórzliwie, ale stanowczo, z pewnością siebie, jak człowiek, który jeśli nie mówi nawet całej prawdy, to przynajmniej jej część, a dyktuje mu to nie tyle sumienie, ile strach.
A zresztą, czego chciał Albert? Przecież nie chodziło mu o winę Danglarsa czy Monte Christa. Szukał po prostu kogoś, kto mógł mu odpowiedzieć za zniewagę i stanąć z nim do pojedynku. Tu zaś było oczywiste, że Danglars bić się nie będzie. Teraz wszystkie zapomniane lub niedostrzegane dawniej szczegóły stawały mu przed oczyma i ożywały w jego pamięci.
Monte Christo wiedział wszystko, przecież to on kupił córkę Ali Paszy.
A wiedząc o wszystkim, doradził Danglarsowi, by napisał do Janiny.
Znając odpowiedź, uległ prośbie Alberta i przedstawił go Hayde; i tak pokierował rozmową, by Hayde wspomniała o śmierci ojca. Pozwolił jej opowiedzieć o tym wszystkim, ale przecież wyrzekł też do niej coś po grecku — były to na pewno jakieś instrukcje. A wcześniej jeszcze zabronił Albertowi wymawiać w obecności Hayde nazwisko jego ojca. Na koniec wywiózł Alberta do Normandii w momencie, kiedy miał wybuchnąć skandal. Nie było wątpliwości. Wszystko to zostało dokładnie obmyślone, a Monte Christo działał w porozumieniu z nieprzyjaciółmi ojca Alberta.
Albert wziął Beauchampa na stronę i przedstawił mu swoje domysły.
— Racja — odpowiedział Beauchamp. — Pan Danglars wykonał tutaj tylko najbardziej mokrą robotę. To od hrabiego Monte Christo powinieneś żądać wyjaśnień.
Albert odwrócił się do Danglarsa i rzekł:
— Rozumie pan, że nie uważam naszej rozmowy za definitywnie zakończoną. Muszę najpierw dowiedzieć się, czy pańskie oświadczenia są zgodne z prawdą. Udaję się natychmiast do pana de Monte Christo.
Skłonił się bankierowi i wyszedł, nie spojrzawszy nawet na Cavalcantiego. Beauchamp podążył za nim.