I w twarzy hrabiego, który jak nikt inny potrafił nad sobą panować, można było wyczytać niekłamaną serdeczność.
Morrel dopiero teraz przypomniał sobie, że dostał od wicehrabiego list, w którym Albert prosił go bez żadnych wyjaśnień, aby stawił się w Operze.
Domyślił się teraz, że za chwilę wydarzy się tu coś okropnego.
— Nie przychodzimy tu, aby bawić się w obłudną grzeczność i zapewniać się o fałszywej przyjaźni — odezwał się Albert. — Przyszliśmy, by żądać od pana pewnych wyjaśnień.
Drżący głos młodzieńca z trudem przeciskał mu się przez zaciśnięte zęby.
— Wyjaśnienia w Operze? — rzekł hrabia tak spokojnym tonem i patrząc tak przenikliwie, jak zwykł był mówić człowiek o niezachwianej pewności siebie. — Jakkolwiek mało jestem jeszcze oswojony z paryskimi zwyczajami, nie sądzę, mój panie, aby to było odpowiednie miejsce do wyjaśnień.
— Ale kiedy ktoś się ukrywa — odparł Albert — kiedy w żaden sposób nie można się do kogoś dostać, pod pretekstem, że jest w kąpieli, przy obiedzie albo w łóżku, trzeba niepokoić go tam, gdzie można go spotkać.
— Nie jest mnie trudno spotkać; przecież jeśli mnie pamięć nie myli, jeszcze wczoraj byłeś pan u mnie.
— Wczoraj — odparł młodzieniec, tracąc panowanie nad sobą — byłem u pana, bo nie wiedziałem jeszcze, z kim mam do czynienia.
Mówiąc to, tak podniósł głos, że dosłyszano go w sąsiednich lożach i na korytarzu. Tak więc widzowie siedzący w lożach odwrócili się w ich kierunku, a osoby spacerujące po korytarzu zatrzymały się na odgłos kłótni, tuż za Beauchampem i Château-Renaudem.