— Uważam, żeś mi pan rzucił tę rękawiczkę — powiedział, a głos zabrzmiał mu złowrogo — odeślę ją panu owinąwszy w nią kulę. A teraz wynoś się pan, bo zawołam służbę i każę pana wyrzucić za drzwi.

Półprzytomny, oszołomiony, z oczyma nabiegłymi krwią, Albert cofnął się w tył.

Morrel skorzystał z tego, aby zamknąć drzwi.

Monte Christo wziął znowu lornetkę i zaczął rozglądać się po sali, jakby nie zaszło nic nadzwyczajnego.

Człowiek ten miał żelazne serce i twarz z marmuru.

Morrel nachylił się mu do ucha i rzekł:

— Co mu pan zrobił?

— Ja? Nic. A przynajmniej nie osobiście.

— Ale przecież to szczególne zajście musi mieć jakiś powód?

— Cała ta awantura z hrabią de Morcerf doprowadziła Alberta do rozpaczy.