— Panie hrabio — rzekł Beauchamp — przyznaję, że Albert nie miał prawa tak się unosić, przychodzę więc przeprosić pana za to, ale tylko w swoim imieniu; pan hrabia rozumie? To tyle, jeśli chodzi o mnie. A teraz chciałem pana prosić o pewne wyjaśnienia w kwestii pańskich stosunków z mieszkańcami Janiny i nie wątpię, że jako człowiek honorowy nie odmówi mi ich pan. Na koniec dodam parę słów na temat tej młodej Greczynki.
Monte Christo wydął wargi i spojrzał tak, że Beauchamp natychmiast zamilkł.
— No i tak — rzekł z uśmiechem. — Przepadły wszystkie moje nadzieje.
— Jakie nadzieje? — zapytał Beauchamp.
— Naturalnie robisz mi pan na lewo i prawo opinię człowieka ekscentrycznego; według pana jestem jakimś Larą, Manfredem czy lordem Ruthwenem. Gdy już się pan przyzwyczaiłeś do mojej ekscentryczności, próbuje pan zrobić ze mnie człowieka banalnego. Mam być nagle kimś pospolitym, wręcz prostakiem; a w końcu przychodzisz tu pan i żądasz wyjaśnień. No wie pan, to doprawdy jakieś żarty.
— Są jednak okoliczności, w których uczciwość nakazuje... — odparł wyniośle Beauchamp.
— Panie Beauchamp — przerwał hrabia — panu hrabiemu de Monte Christo może rozkazywać wyłącznie pan hrabia de Monte Christo. Proszę, ani słowa więcej na ten temat. Robię zawsze to, co mi się podoba, mój panie, i proszę mi wierzyć, że robię to dobrze.
— Nie zbywa się w ten sposób ludzi dobrze wychowanych, panie hrabio. Trzeba gwarancji honoru.
— Mój panie, sam jestem chodzącą gwarancją — odpowiedział spokojnie Monte Christo, a w jego oczach pojawiły się złowrogie błyski. — Nam obu płynie w żyłach krew i obaj chcemy ją przelać. To jest nasza wzajemna gwarancja. Taką odpowiedź proszę zanieść wicehrabiemu i proszę mu powiedzieć, że jutro przed dziesiątą popłynie jego krew.
— Pozostaje mi tylko uzgodnić warunki pojedynku.