— Kim pani jest? — spytał hrabia.
Nieznajoma rozejrzała się wokół, chcąc się jakby przekonać, czy są sami, a potem pochyliła się, jakby chciała paść na kolana, złożyła ręce w geście rozpaczy i rzekła:
— Edmundzie! Nie zabijaj mi syna!
Hrabia cofnął się, wydał słaby krzyk, broń wypadła mu z ręki.
— Cóż to za imię wymówiła pani hrabina?
— Twoje! — krzyknęła, zrzucając woal. — Twoje, którego chyba ja jedna nie zapomniałam. Edmundzie, nie przychodzi do ciebie pani de Morcerf, ale Mercedes.
— Mercedes umarła, pani, a ja nie znam nikogo więcej o takim imieniu.
— Mercedes żyje, Mercedes pamięta! Ona jedna cię rozpoznała, jak tylko zobaczyła cię po raz pierwszy, a nawet zanim cię zobaczyła, poznała cię po głosie, Edmundzie, po twoim głosie. Od tej chwili idzie krok w krok za tobą, śledzi cię i lęka się. Ona nie potrzebowała pytać, czyja ręka wymierzyła cios w pana de Morcerf.
— Fernanda, chciała pani zapewne powiedzieć? — podjął Monte Christo z gorzką ironią. — Skoro przypominamy sobie teraz nasze imiona, przypomnijmyż je sobie wszystkie.
Monte Christo wypowiedział to imię z taką nienawiścią, że dreszcz wstrząsnął całym ciałem Mercedes.