— Co mówisz?

— Cóż, umrę, skoro takie jest twoje życzenie.

— Umrzesz?! A kto ci to powiedział? Skąd ci to przyszło do głowy?

— Chyba nie sądzisz pani, że po tej publicznej zniewadze, wobec całej sali, wobec przyjaciół pani i pani syna, wyzwany przez młokosa, który będzie się chlubić moim przebaczeniem jak zwycięstwem, nie sądzisz pani chyba, że będzie we mnie choć cień chęci do życia. To, co najbardziej pokochałem po tobie, Mercedes, to jestem ja sam, to znaczy moja godność osobista, moja siła, która dała mi wyższość nad innymi ludźmi. Ta siła była moim życiem. Zdruzgotałaś ją jednym swoim słowem. Umrę więc.

— Ależ nie będzie tego pojedynku, Edmundzie, przecież przebaczyłeś.

— Owszem, będzie, łaskawa pani. Tylko że zamiast krwi twojego syna, popłynie moja.

Mercedes krzyknęła i rzuciła się ku Monte Christowi, nagle jednak zatrzymała się.

— Edmundzie — rzekła. — Bóg istnieje i czuwa nad nami, skoro żyjesz, skoro znowu cię zobaczyłam, pokładam w nim całą moją ufność. Będę czekać na jego wsparcie, a tymczasem zdaję się na twoje słowo. Powiedziałeś, że mój syn nie zginie, będzie żył?

— Tak, pani, będzie żył — odparł Monte Christo, zaskoczony, że Mercedes bez wahania przyjęła jego ofiarę.

Mercedes podała rękę hrabiemu.