— Nie, przy wszystkich.

Świadkowie Alberta spojrzeli po sobie zdumieni. Franz i Debray wymienili szeptem parę słów, a Morrel uradowany z tak nieoczekiwanego obrotu rzeczy, podszedł do hrabiego, który przechadzał się z Emanuelem w bocznej alejce.

— Czegóż on chce ode mnie? — zdumiał się Monte Christo.

— Nie wiem, ale chce z hrabią pomówić.

— O, byle tylko nie kusił Boga jakąś kolejną zniewagą!

— Nie myślę, aby miał taki zamiar — odrzekł Morrel.

Hrabia poszedł więc naprzód w towarzystwie Maksymiliana i Emanuela. Spokój i pogoda malujące się na jego twarzy stanowiły osobliwy kontrast ze wzburzeniem Alberta, który kierował się właśnie w jego stronę; czterej sekundanci szli za nim.

Albert i hrabia stanęli w odległości trzech kroków od siebie.

— Zbliżcie się, panowie — odezwał się Albert. — Pragnę, byście nie uronili ani słowa z tego, co będę miał zaszczyt powiedzieć panu hrabiemu. Chcę bowiem, abyście rozgłosili wszystkim to, co powiem, choćby nawet wydało się to wam bardzo dziwne.

— Słucham pana — rzekł hrabia.