— I znów Opatrzność! — wyszeptał. — O, dopiero dziś jestem pewien, że to Bóg mnie tu przysłał!

90. Matka i syn

Hrabia de Monte Christo pożegnał młodych ludzi uśmiechem pełnym godności i melancholii, po czym wsiadł do powozu z Maksymilianem i Emanuelem.

Albert, Beauchamp i Château-Renaud pozostali sami na polu bitwy.

Młodzieniec spojrzał na świadków — jego wzrok bynajmniej nie był nieśmiały — pytając jakby, co o tym wszystkim sądzą.

— No, kochany przyjacielu — odezwał się nareszcie Beauchamp, pierwszy przerywając milczenie, może dlatego, że był wrażliwszy od innych, a może, że mniej umiał udawać. — Pozwól sobie powinszować; zakończyłeś w sposób zupełnie niespodziewany bardzo przykrą sprawę.

Albert milczał, stojąc w zamyśleniu. Château-Renaud uderzał giętką trzciną po butach.

— Jedziemy? — rzekł po chwili kłopotliwego milczenia.

— Kiedy zechcesz — odpowiedział Beauchamp. — Ale pozwól mi jeszcze raz powinszować Albertowi. Dał bowiem dziś dowód tak rycerskiej szlachetności... tak rzadkiej!

— Ach, no tak — rzekł Château-Renaud.