— Żegnaj — powiedział z kolei Château-Renaud, trzymając w lewej ręce laseczkę, a prawą pozdrawiając Alberta.

Usta Alberta poruszyły się i usłyszeli ciche:

— Bądźcie zdrowi!

Ale jego spojrzenie było bardziej wymowne; zawierało cały poemat wstrzymywanego gniewu, dumnej pogardy i szlachetnego oburzenia.

Obaj sekundanci wsiedli do powozu, a Albert stał jeszcze nieruchomo czas jakiś w melancholijnej postawie; potem nagle odwiązał konia od drzewa, lekko wskoczył na siodło i galopem popędził drogą do Paryża.

W ciągu kwadransa dojechał do domu przy ulicy Helderskiej.

Gdy zsiadał z konia, wydało mu się, że za firanką w sypialni mignęła blada twarz ojca; westchnął, odwrócił głowę i wszedł do swojego pawilonu.

Tutaj raz ostatni popatrzył na te wszystkie bogactwa, dzięki którym od dzieciństwa pędził tak pogodne, przyjemne życie.

Spojrzał jeszcze raz na obrazy — postacie na nich zdawały się uśmiechać do niego, a krajobrazy mieniły się barwami.

Wyrwał ze złoconych ram portret matki i zwinął go; w złotych ramach pozostała czarna pustka.