— Mamo! — i rzucił się Mercedes na szyję.
Gdyby jakiś malarz zdołał uchwycić wyraz twarzy tych dwóch postaci, namalowałby zaiste piękny obraz.
Rzeczywiście — wszystkie te przygotowania do realizacji podjętej decyzji nie przerażały Alberta, ale zatrwożył się, gdy ujrzał, że matka czyni to samo.
— Co robisz, mamo? — zapytał.
— A ty, co robiłeś? — odpowiedziała Mercedes.
— O, mamo! — zawołał Albert głosem zdławionym ze wzruszenia — ale ty to co innego! Nie, nie możesz podjąć takiej decyzji jak ja, przyszedłem ci właśnie powiedzieć, że opuszczam dom... i ciebie.
— Ja także wyjeżdżam. Przyznam ci się: liczyłam, że mój syn będzie mi towarzyszył; czyżbym się myliła?
— Mamo — rzekł Albert stanowczo — nie mogę zgodzić się na to, abyś dzieliła mój los, jaki sobie sam obrałem; muszę teraz żyć nieznany, bez majątku. A żeby zacząć naukę tego twardego życia, pożyczę od przyjaciela bochen chleba, który ma mi wystarczyć do chwili, gdy zarobię na drugi. I tak, kochana mamo, idę do Franza, poprosić go o pożyczenie małej sumki, która pokryje najniezbędniejsze potrzeby.
— Ty, moje biedne dziecko — zawołała Mercedes — ty masz cierpieć nędzę i głód! O, nie mów mi tak, bo zniszczysz wszystkie moje postanowienia!
— Ale moje są nieodwołalne, mamo — odparł Albert. — Jestem młody, silny, zdaje mi się, że odwagi mi nie brakuje. Wczoraj dowiedziałem się, co można osiągnąć dzięki woli. Są ludzie, co tyle wycierpieli, a jednak nie tylko nie umarli, ale nawet wznieśli wspaniałą fortunę na gruzach obietnic szczęścia, które niebo im dało, na ruinach nadziei, jaką zesłał im Bóg! Dowiedziałem się tego, widziałem tych ludzi; wiem, że z głębin przepaści, w którą pogrążył ich wróg, powstali z taką siłą i takim blaskiem, że zwyciężyli wroga i jego zepchnęli z kolei w przepaść. Tak, mamo, dziś zerwałem z przeszłością, od dziś nic od niej nie przyjmuję, odrzucam nawet nazwisko, bo... ty to rozumiesz, prawda? Nie mogę nosić nazwiska człowieka, który musi rumienić się przed innymi!