— Tak, kochany hrabio, słyszałem, i lekarz dodał, że jeśli coś takiego się powtórzy, będzie zmuszony zawiadomić policję.

Hrabia słuchał — lub udawał, że słucha — z największym spokojem.

— I cóż — ciągnął Maksymilian — śmierć uderzyła po raz trzeci, i ani pan domu, ani lekarz nic nikomu nie powiedzieli. Śmierć uderzy teraz być może po raz czwarty. Hrabio, jak pan sądzi, do czego zobowiązuje mnie znajomość takiej tajemnicy?

— Drogi przyjacielu, opowiadasz mi tu historię, jaką chyba każdy zna. Znam dom, w którym to podsłuchałeś, a przynajmniej tak mi się zdaje. Dom z ogrodem, pan domu, lekarz, dom, w którym nastąpiły trzy dziwne, niespodziewane zgony. No więc, spójrz na mnie: nie podsłuchiwałem nikogo, mimo to wiem o tym wszystkim tak dobrze, jak pan, a czy gnębią mnie jakieś wyrzuty sumienia? Nie. Nie obchodzi mnie to. Mówi pan, że anioł śmierci wskazuje ten dom rozgniewanemu Bogu... Hm, a może tak rzeczywiście jest? Nie wnikaj w to, czego nie chcą znać ci, których to powinno interesować. Jeśli do tego domu zawitała sprawiedliwość boża, a nie boży gniew, odwróć głowę, Maksymilianie, i przepuść boską sprawiedliwość.

Maksymilian zadrżał. W głosie hrabiego pobrzmiewało coś posępnego, uroczystego i straszliwego.

— A zresztą — ciągnął hrabia głosem zmienionym do tego stopnia, że wydawało się, jakby przemówił nagle ktoś inny — skąd możesz wiedzieć, że to zacznie się znowu?

— Ale już się zaczyna, hrabio! — wykrzyknął Morrel. — Dlatego przybiegłem do pana.

— Ale co ja mam na to poradzić, kapitanie? Może przypadkiem chciałbyś, abym uprzedził prokuratora królewskiego?

Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morrel porwał się z miejsca i wykrzyknął:

— Hrabio! Ależ pan wie, o kim mówię?