— Do mnie? — zawołał Danglars.
— Tak, drogi Boże, do pana! List był poplamiony krwią, ale udało mi się odczytać pańskie nazwisko — odpowiedział Monte Christo wśród powszechnego zdumienia.
— Ale czemu — zapytała pani Danglars, spoglądając niespokojnie na męża — przeszkodziło to panu de Villefort?...
— Nic naturalniejszego — odparł Monte Christo. — Kamizelka i list stanowią dowody rzeczowe. Odesłałem je panu prokuratorowi. Rozumie pan, baronie, że w sprawach kryminalnych najbezpieczniejsza jest droga legalna; być może to jaka machinacja przeciw panu.
Andrea spojrzał bacznie na Monte Christa i zniknął w drugim salonie.
— Możliwe — przyznał Danglars. — Ten zamordowany nie był kiedyś na galerach?
— Tak, to były galernik nazwiskiem Caderousse.
Danglars zbladł nieco; Andrea przemknął się z drugiego salonu do antyszambrów.
— Ale proszę podpisywać, proszę podpisywać! — rzekł Monte Christo. — Zdaje się, że wywołałem spore poruszenie tym opowiadaniem. Pokornie proszę państwa Danglars i pannę Eugenię o przebaczenie.
Baronowa, która właśnie podpisała, oddała pióro notariuszowi.