To mówiąc, Andrea, już w obuwiu i w halsztuku, zbliżył się do okna i podniósł znowu muślinową firankę.

Pierwszy żandarm wcale nie odszedł; co więcej, przy jedynych schodach, którymi mógł zejść, spostrzegł drugi trójkolorowy mundur, a trzeci żandarm, na koniu, z krótkim karabinkiem w ręku, stał na straży przy bramie na ulicę, jedynej bramie, którą można było się wymknąć. Obecność trzeciego żandarma dawała najbardziej do myślenia, zwłaszcza że wokół niego zebrał się już tłumek gapiów, którzy ostatecznie blokowali przejście.

„Szukają mnie! — pomyślał natychmiast Andrea. — A niech to wszyscy diabli!”.

Twarz mu pobladła; niespokojnie rozejrzał się dokoła. Jedyne wejście do jego pokoju, jak i do wszystkich innych na tym piętrze, prowadziło przez krużganek, widoczny ze wszystkich stron.

„No to po mnie!” — pomyślał w następnym odruchu.

Rzeczywiście, aresztowanie mogło oznaczać dla Andrei tylko jedno: sąd przysięgłych i wyrok śmierci, niechybnej i natychmiastowej. Ścisnął kurczowo głowę dłońmi. W chwili tej o mało nie oszalał ze strachu. Wkrótce jednak wśród chaosu myśli kłębiących mu się w głowie, zajaśniała mu nadzieja. Na zbielałych wargach zaigrał lekki uśmiech, ściągnięte w grymasie strachu policzki wygładziły się. Rozejrzał się wokół i znalazł to, czego szukał, na marmurze sekretarzyka: pióro, atrament i papier. Umoczył pióro w atramencie i powstrzymując drżenie ręki, napisał na pierwszej lepszej kartce tych kilka zdań:

Nie mam czym zapłacić, jednak jako człowiek uczciwy zostawiam w zastaw tę szpilkę — warta jest dziesięć razy więcej niż to, co jestem winien. Proszę mi wybaczyć, że wymknąłem się o świcie, ale zrobiłem to ze wstydu.

Wyjął szpilkę z chustki i położył na papierze. Otwarł drzwi i zostawił uchylone, tak jakby zapomniał je zamknąć, a następnie, mając dużą wprawę w ćwiczeniach fizycznych tego rodzaju, wsunął się do kominka. Zastawił go jeszcze tekturowym ekranem, na którym widniała scena przedstawiająca Achillesa u Deidamii, ślady w popiele zatarł stopami i jął wspinać się przez wąski przewód kominka. Było to w tej chwili jego jedyne zbawienie.

W tejże chwili pierwszy żandarm, którego spostrzegł był Andrea, wchodził już na schody tuż za komisarzem policji; drugi żandarm pozostał na dole, pilnując schodów, trzeci stał wciąż przy bramie, gotów w każdej chwili przybyć z pomocą.

Takim oto okolicznościom Andrea zawdzięczał wizytę, której tak skrzętnie starał się uniknąć: z samego ranka telegraf jął nadawać w różnych kierunkach, nakazując wszczęcie pościgu za mordercą Caderousse’a. Pobudzono w każdej miejscowości władze, które przystąpiły natychmiast do poszukiwań.