Zamarł. Blady, pochylony lekko do tyłu, ściskał kurczowo w dłoni bezużyteczny nóż.

— Niech pan ucieka! — zawołała panna d’Armilly, w której sercu strach ustąpił miejsca litości. — Niech pan ucieka!

— Albo niech się pan zabije! — rzekła Eugenia, przybierając ton i pozę westalki, która zwycięskiemu gladiatorowi daje kciukiem znak, by dobił umierającego przeciwnika.

Andrea drgnął i spojrzał na dziewczynę z pogardliwym uśmiechem. W swojej amoralności nie rozumiał tego okrucieństwa, dyktowanego poczuciem honoru.

— Mam się zabić? — rzekł rzucając nóż. — Niby dlaczego?

— Toć mówił pan — zdumiała się panna Danglars — że skażą pana na śmierć, i że zostanie pan stracony jak najgorszy oprych!

— E — odpowiedział Cavalcanti, krzyżując ramiona. — Ma się tych przyjaciół.

Kapral podszedł do niego z szablą w dłoni.

— No dalej, dalej, nie ma potrzeby robić takich ceregieli, szanowny panie — rzekł Andrea. — Po co tyle szumu, przecież się poddaję.

I wyciągnął ręce, by nałożono mu kajdanki. Obie panny ze zgrozą obserwowały tę ohydną metamorfozę, jaka odbywała się na ich oczach. Oto człowiek światowy zrzucał skórę i przybierał swoje prawdziwe oblicze galernika.