O każdej innej porze Valentine porwałaby za sznur od dzwonka i wezwała pomoc; ale w rozgorączkowaniu, w jakim się znajdowała, nic jej już nie dziwiło. Przekonana była, że wszystkie widziadła, które ją otaczają, wynikają z maligny — bo przecież rankiem po tych nocnych marach nie pozostawał żaden ślad.
W drzwiach stanęła jakaś postać.
Valentine zdążyła się już tak przyzwyczaić do zjaw, które ją nawiedzały, że nie przeraziła się wcale. Otwarła tylko szeroko oczy w nadziei, że będzie to Morrel.
Postać zbliżała się do łóżka — nagle przystanęła i przez chwilę w największym skupieniu nasłuchiwała. Wtedy poblask światła zaigrał na twarzy nocnego gościa.
— To nie on — szepnęła.
Przekonana, że majaczy, czekała, aż ów człowiek zniknie, albo zmieni się w inną osobę, jak to się często zdarza w snach. Dotknęła pulsu, a czując, że bije gwałtownie, przypomniała sobie, że najlepszy sposób na odpędzenie widziadeł to łyk napoju, który lekarz przygotował specjalnie, aby koić nerwy Valentine; lek sprawiał, że gorączka opadała, a zamieszanie w głowie trochę ustawało, przynosząc dziewczynie ulgę. Sięgnęła więc po szklankę stojącą na kryształowym spodku; ale kiedy wyciągała drżącą rękę, zjawa szybko zbliżyła się do łóżka i podeszła tak blisko, że chora poczuła jakby tchnienie i dotknięcie palców.
Tym razem złudzenie albo raczej rzeczywistość przeszła wszelkie oczekiwania Valentine. Zrozumiała, że nie śpi i że jest całkiem przytomna — a wtedy zadrżała.
Zjawa bowiem powstrzymała jej rękę.
Valentine wolno ją wycofała.
Postać, od której nie mogła oderwać wzroku — a wydawała się jej raczej przyjazna niż groźna — postać ta podniosła szklankę, podeszła do lampki i obejrzała napój pod światło, jakby chciała ocenić jego klarowność i przezroczystość. Jednak to pierwsze doświadczenie nie wystarczyło. Człowiek ów, a raczej duch — stąpał bowiem tak lekko, że dywan tłumił zupełnie jego kroki — nabrał płynu na łyżeczkę i połknął.