Potem podeszła do kominka, rozpaliła ogień, usiadła w fotelu, i choć dopiero wstała z łóżka, skorzystała ze snu Valentine, by zdrzemnąć się jeszcze na chwilę.
Obudził ją zegar, wybijający ósmą.
Zdziwiła się, że dziewczyna śpi tak twardo. Przeraziła ją zwisająca z łóżka ręka, której śpiąca do tej pory nie cofnęła. Podeszła do łóżka i dopiero teraz spostrzegła sine usta: Valentine była zimna.
Chciała podnieść zwisającą rękę i położyć ją przy ciele, ale ramię było tak sztywne, że pielęgniarka nie mogła już mieć wątpliwości.
Krzyknęła przeraźliwie. Rzuciła się do drzwi wołając:
— Ratunku! Ratunku!
— Ratunku? Co się stało? — spytał z dołu pan d’Avrigny.
Była to godzina odwiedzin doktora.
— Co się stało? — zawołał Villefort, wybiegając z gabinetu. — Słyszał pan, doktorze? Ktoś wzywał pomocy?
— Tak, tak, chodźmy — odpowiedział pan d’Avrigny. — Biegnijmy do Valentine.