— Dobrze — dał znak starzec.
Ale widać było, że niepokoi się coraz mocniej.
— Jest pan dziwnie niespokojny. Może pan czegoś potrzebuje? — spytał Morrel. — Może mam zawołać służącego?
— Tak.
Morrel targnął sznur dzwonka, ale choćby go nawet i urwał, nikt by nie przyszedł.
Spojrzał na starca. Jego twarz była coraz bledsza, zdradzając rosnącą trwogę.
— Boże, Boże! — krzyknął Morrel. — Dlaczego nikt nie przychodzi? Czy ktoś zachorował?
Oczy Noirtiera zdawały się występować z orbit.
— Co panu jest? — zawołał Morrel. — Pan mnie przeraża! Valentine!... Valentine!...
— Tak! Tak! — mówiły oczy Noirtiera.