— Numer 27. — przeczytał inspektor.
— To tu, Antoni, otwórz.
Dozorca otworzył drzwi i zaciekawione spojrzenie inspektora wpadło do lochu stukniętego księdza.
Tak bowiem zwykle nazywano tego więźnia.
Na środku celi, w kole zakreślonym kawałkiem wapna oderwanego od muru, leżał człowiek, niemal nagi, jego odzienie zwisało w strzępach. W kole tym kreślił wyraźne linie geometryczne i zdawał się nie mniej zajęty rozwiązaniem swego zadania, jak Archimedes, gdy poniósł śmierć z rąk żołnierza Marcellusa. Nie poruszył się więc nawet na dźwięk otwieranych drzwi i wyrwał się z zamyślenia, dopiero gdy światło pochodni oświetliło niecodziennym blaskiem wilgotną podłogę, na której pracował. Odwrócił się więc i zdziwiony spojrzał na ludzi, którzy tak licznie pojawili się w jego lochu.
Powstał żywo z ziemi, pochwycił z barłogu kołdrę i szybko okrył się nią, aby ukazać się nieco przystojniej oczom obcych ludzi.
— Czego potrzebujecie? — zapytał inspektor, nie zmieniając swej sakramentalnej formuły.
— Ja? — zdziwił się ksiądz — Ja nic nie potrzebuję!
— Nie rozumiecie mnie — rzekł inspektor. — Jestem wysłannikiem rządu, mam za zadanie inspekcję wszystkich więzień, wysłuchuję życzeń i zażaleń więźniów.
— A, to co innego! — zawołał żywo ksiądz. — Mam nadzieję, że się dogadamy.