— Tak, znów zaczynam cierpieć.

Hrabia zmarszczył czoło i zagłębił się na chwilę w jakichś ponurych rozważaniach.

— Maksymilianie, Maksymilianie — rzekł — nie godzi się tak myśleć chrześcijaninowi.

— Uspokój się, przyjacielu — odparł Morrel, podnosząc głowę i uśmiechając się do hrabiego z niewymownym smutkiem. — Nie będę już szukał śmierci.

— Czyli już żadnej broni, koniec rozpaczy?

— Nie, bo mam coś lepszego, aby się wyleczyć z rozpaczy, niż lufa pistoletu czy nóż.

— Biedny szaleńcze!... Cóż to jest?

— Cierpienie. Ono samo mnie zabije.

— Posłuchaj mnie, przyjacielu — rzekł Monte Christo, a w jego głosie brzmiała taka sama melancholia — pewnego dnia i ja chciałem popełnić samobójstwo w przystępie rozpaczy takiej jak twoja. Pewnego dnia także twój ojciec chciał się zabić pogrążony w podobnej jak twoja desperacji.

Gdyby ktoś powiedział twemu ojcu w chwili, gdy przykładał sobie lufę do skroni...