Nigdy przedtem Mercedes nie zaznała prawdziwej nędzy. Często, w młodości, mówiła o swoim ubóstwie, lecz ubóstwo i nędzę dzieli ogromna przepaść.
U Katalończyków brakowało jej wielu rzeczy, ale innych nigdy. Gdy sieci były dobre, były i ryby; kiedy udało się je sprzedać, był sznurek na reperację sieci. Nie miała przyjaciół, żyła tylko swoją miłością, ale miłość ta nie miała nic wspólnego z jej sytuacją materialną; musiała wtedy myśleć tylko o sobie. A tym, co miała, hojnie się dzieliła. Dzisiaj musiała się dzielić, ale nie miała czym.
Nadchodziła zima. Mercedes nie miała czym napalić w tym wyziębionym i pustym pokoju — ona, która mieszkała w pałacu ogrzewanym kaloryferami od piwnic po strych!
Nie miała ani jednego kwiatka — ona, której apartament był jedną wielką oranżerią, pełną najkosztowniejszych roślin! — Ale miała jeszcze syna...
Oboje traktowali swój obowiązek z jednakową egzaltacją. Egzaltacja graniczy z entuzjazmem, a entuzjazm czyni nas nieczułymi na rzeczywistość. Ale entuzjazm ucichł i krok po kroku trzeba było powrócić do rzeczy realnych.
— Mamo — mówił Albert w chwili, gdy pani Danglars schodziła ze schodów. — Policzmy nasze bogactwa. Muszę wiedzieć, ile mamy, zanim zacznę dalej planować.
— Co mamy? Nic — rzekła Mercedes z bolesnym uśmiechem.
— E, mamo, mamy przecież trzy tysiące franków. Twierdzę, że za tę sumę uda nam się we dwoje prowadzić bardzo przyjemne życie.
— Dziecko jesteś! — westchnęła.
— Niestety, mamo, za dużo wydałem w życiu pieniędzy, wiem, jaką mają wartość. Trzy tysiące franków to ogromna suma, buduję na niej cudowną, bezpieczną przyszłość.