Ciekawość przemogła u niego nad chęcią zachowania incognito; zresztą i tak go już rozpoznano. Istotnie, to było dopiero ciekawe spotkanie — zapomniany hotelik, a w nim młodzieniec, którego nieszczęsna historia narobiła w Paryżu tyle hałasu.
— Jak się masz, Albercie? — rzekł Debray.
A gdy dostrzegł w półmroku zgrabną postać pani de Morcerf, całkiem zawoalowaną, dodał z uśmiechem:
— A, przepraszam bardzo, nie przeszkadzam ci, Albercie.
Albert zrozumiał, co miał na myśli Debray.
— Mamo — rzekł zwracając się do Mercedes — to pan Debray, sekretarz ministra spraw wewnętrznych, niegdyś mój przyjaciel.
— Jak to niegdyś? — wybełkotał Debray. — Co ty opowiadasz?
— Powiedziałem tak, panie Debray, ponieważ od dziś nie mam już przyjaciół i nawet nie powinienem ich mieć. Jestem panu wdzięczny, że raczył pan mnie rozpoznać.
Debray podszedł wyżej i uścisnął serdecznie dłoń Alberta.
— Wierz mi, Albercie — rzekł ze wzruszeniem, do którego był jednak zdolny — wierz mi, że głęboko ci współczuję i że jestem gotów pomóc ci w każdej chwili.