Andrea nie opierał się, choć trochę oponował.
Wtem w okienku zabrzmiał głos:
— Benedetto! — wołał inspektor.
Strażnik wypuścił ofiarę.
— Wołają mnie — rzekł Andrea.
— Do rozmównicy — zawołał ten sam głos.
— I widzi pan, ktoś przyszedł do mnie z wizytą... O, drogi panie, przekonasz się, czy z księciem Cavalcanti można obchodzić się jak z byle kim.
I Andrea, przemknąwszy jak cień przez dziedziniec, wybiegł przez uchyloną furtę, zostawiając w podziwieniu kolegów i strażnika.
Ale i jego samego to zaskoczyło. Przebiegły młodzieniec nie skorzystał w więzieniu z przywileju korespondencji, jak to czynią zwykli ludzie, aby prosić o pomoc — zachował stoicką powściągliwość.
— Jestem wyraźnie podopiecznym jakiegoś możnego człowieka — mówił sam do siebie. — Wszystko za tym przemawia: to nagłe szczęście, łatwość, z jaką przeskoczyłem wszelkie przeszkody, improwizowana rodzina, znakomite nazwisko, jakie mi nadano, złoto, którym mnie obsypano, świetne znajomości, zaspokajające moje ambicje... Na nieszczęście, fortuna zapomniała o mnie na chwilę, nie było mojego protektora, zgubiło mnie to, ale nie do końca, nie na zawsze! Ręka na chwilę się cofnęła, ale pochwyci mnie opiekuńczo w chwili, gdy będę tuż nad przepaścią.