— Ten, którego chciałeś okraść i u którego popełniłeś morderstwo?
— No, chyba tak.
— Pan hrabia de Monte Christo?
— Sam rzekłeś, jak powiada Racine... To co, mam mu się rzucić na szyję i przycisnąć do piersi, wołając: „Ojcze mój! Ojcze!”, jak pisuje pan Pixérécourt?
— Nie żartujmy — odpowiedział poważnie Bertuccio — nie waż się już nigdy wymieniać tutaj tego nazwiska.
— Phi! A to czemu? — prychnął Andrea, nieco jednak stropiony uroczystym tonem Bertuccia.
— Ponieważ ten, który je nosi, jest darzony przez niebo zbyt wielką łaską, aby być ojcem takiej kanalii jak ty.
— E, wielkie słowa...
— Jeśli mnie nie posłuchasz, gorzko pożałujesz!
— Groźby?... Nie boję się... powiem...