I dotknąwszy drżącą dłonią ręki hrabiego, wbiegła na schody i znikła.
Monte Christo powoli wyszedł z domu i zawrócił drogą do portu.
Mercedes nie widziała jednak, jak się oddala, choć stała w oknie pokoiku starego Dantèsa. Jej oczy szukały w oddali statku, na którym odpłynął jej syn.
Lecz usta, jakby wbrew niej samej, powtarzały szeptem:
— Edmundzie! Edmundzie! Edmundzie!
112. Przeszłość
Hrabia opuścił dom z ciężkim sercem. Widział Mercedes być może już po raz ostatni.
Od śmierci Edwardka Monte Christo ogromnie się zmienił. Ku zemście prowadziła go długa i kręta ścieżka; gdy dotarł do szczytu, ujrzał po drugiej stronie przepaść wątpliwości. Nie koniec na tym. Rozmowa z Mercedes obudziła w jego sercu wspomnienia, z którymi musiał teraz walczyć. Ale człowiek pokroju hrabiego nie mógł długo poddawać się melancholii. Duszom pospolitym nadaje ona pozór oryginalności, lecz dusze wyjątkowe — zabija. Jął więc sobie powtarzać, że skoro sam siebie zaczyna już potępiać, widocznie jakiś błąd musiał wkraść się w jego rozumowanie.
— Patrzę na przeszłość w zły sposób — rzekł — przecież nie mogłem pomylić się do tego stopnia. Czyżby cel, który sobie wyznaczyłem, miał nie mieć sensu? Przez dziesięć lat miałbym iść fałszywą drogą? Więc wystarczy zaledwie godzina, by udowodnić architektowi, że dzieło, w które włożył całą swą nadzieję oparte jest na prawdopodobnie niewykonalnym, a na pewno bluźnierczym projekcie? Nie, nie chcę przyzwyczajać się do tej myśli, bo oszaleję. Nie mogę trzeźwo ocenić przeszłości, oglądam ją bowiem z przeciwnej strony horyzontu. Im dalej zostawiamy za sobą przeszłość, tym bardziej traci ona swą wyrazistość, jak pejzaż w oddali. Dzieje się ze mną dziś to, co przytrafia się ludziom, którzy zranieni we śnie, patrzą na ranę i czują ból, lecz nie pamiętają momentu, w którym rana ta została im zadana. Dalej więc, człeku odrodzony, bogaty oryginale, czujny marzycielu! Śmiało, niepokonany milionerze, spojrzyj jeszcze raz z perspektywy na tę nędzną, posępną przeszłość. Przemierz raz jeszcze tę drogę, na którą pchnął cię przeklęty los i gdzie czekała na ciebie jedynie rozpacz. W lustrze, w którym Monte Christo ogląda Dantèsa lśni dziś za dużo diamentów, złota i szczęścia. Schowaj diamenty, zbrukaj złoto, zetrzyj blask. Jesteś bogaty — odnajdź biedaka z przeszłości. Jesteś wolny — odszukaj w sobie więźnia. Jesteś wskrzeszony — odgrzeb trupa.
Dumając tak Monte Christo szedł ulicą de la Caisserie, tą samą, którą przed dwudziestu czterema laty wiodła go milcząca straż. Mijał domy, dziś ożywione i wesołe, owej nocy tak ponure, milczące i głuche.