— Dalibóg — zawołał młodzieniec. — Wypij szklankę wina, to cię pokrzepi. Gdzie chowasz wino?
— Dziękuję ci, nie szukaj, nie chcę — odrzekł starzec, usiłując powstrzymać syna.
— Ależ tak, pozwól mi, pokaż tylko, gdzie jest.
I jął otwierać szafy.
— Próżno szukasz — wyszeptał starzec — wina nie ma.
— Jak to? Nie masz wina? — zawołał Edmund, blednąc i wpatrując się to w zapadłe i blade niczym wosk policzki ojca, to w puste szafy. — Jak to, nie ma ani kropli? Czy ci zabrakło pieniędzy?
— Nic, nic mi już nie brakuje, mam wszystko, bo mam ciebie, mój synu.
— Przecież trzy miesiące temu, przed wyjazdem, zostawiłem ci 200 franków — wyjąkał młodzieniec, ocierając pot z czoła.
— Tak, to prawda, Edmundzie. Zapomniałeś jednak, odjeżdżając, zapłacić małego długu sąsiadowi Caderousse. Upomniał się o niego, dodając, że jeśli nie zapłacę, uda się do pana Morrela. Pojmujesz więc, że z obawy, aby ci to nie zaszkodziło, zapłaciłem, cóżem miał zrobić?
— Ach, mój Boże, byłem mu winien 140 franków — zawołał Dantès — i mając wszystkiego 200 franków, które ci zostawiłem, oddałeś 140?