Znajdowali się w owej cudownej sali jadalnej, którą już znamy z opisów. Te same marmurowe posągi unosiły na głowach kosze pełne kwiatów i owoców.
Morrel prześliznął się nieuważnym wzrokiem po tych cudach — może nawet niczego nie dostrzegając.
— Porozmawiajmy jak mężczyźni — rzekł w końcu, utkwiwszy uporczywe spojrzenie w hrabi.
— A więc mów.
— Hrabio, zawiera pan w sobie kwintesencję całej ludzkiej wiedzy. Gdy na pana patrzę, wydaje mi się, że przybyłeś do nas z innego, mądrzejszego świata.
— Jest w tym coś z prawdy, Maksymilianie — rzekł hrabia z owym melancholijnym uśmiechem, który nadawał taki czar jego twarzy. — Przybyłem z planety zwanej cierpieniem.
— Wierzę we wszystko, co pan mówisz i nie staram się nawet zgłębić sensu pańskich słów. Najlepszym dowodem jest to, że nakazał mi pan żyć, i żyję; nakazał mi pan nie tracić nadziei, i prawie ją zachowałem. Ośmielę się więc zapytać pana, jakbyś już raz doświadczył śmierci: czy to bardzo boli?
Monte Christo patrzył na Morrela z niewymowną serdecznością.
— Tak — rzekł. — To bardzo boli, gdy ktoś rozbija brutalnie ową cielesną powłokę, która tak rozpaczliwie chce żyć. Jeśli zatopisz sztylet w ciało czy palniesz sobie w głowę, twoim ciałem wstrząśnie ból. Wtedy i ty będziesz cierpiał, opuszczając w tak tchórzliwy sposób życie. I wijąc się w rozpaczliwej agonii uznasz, że życie jest czymś lepszym od spoczynku, który tak drogo opłacasz.
— Tak, rozumiem. Śmierć, jak i życie, ma swoje bolesne i rozkoszne sekrety: idzie o to, aby je poznać.